środa, 24 czerwca

Kradzież Sklepu „Jedność” w Radziemicach w 1911 r. Tak było!

Ożywienie ruchu społecznego w Radziemicach rozpoczęło się w 1919 r. od inicjatywy założenia sklepu, któremu nadano nazwę „Stowarzyszenie Spożywców Jedność”. Myśl założenia sklepu wysunął przebywający wówczas w Radziemicach nauczyciel Szkoły Powszechnej Jan Czarnecki. Gorliwie namawiał członków Kółka Rolniczego aby taki sklep założyć w Radziemicach.

Potężnym ciosem dla Sklepu była kradzież w nocy 7 na 8 marca w 1921 r. Jak obliczono: „Sklep został poszkodowany na sumę 62 532 marek. Z tego odebrano od sędziego śledczego część skradzionego płótna, nici, zapałki, bibułkę papierosową na 4 881 marek. Po złodziejach zostało w sklepie towaru na 67 301 marek, czyli, że złodzieje skradli prawie połowę remanentu towaru… Była to strata ogromna dla sklepu”.

O b r o n a    s k l e p u Tak b y ł o

Zbeletryzowany opis kradzieży sklepu w nocy z 7 na 8 marca 1921 r. Sklep poniósł olbrzymią stratę. Został okradziony na kwotę 62 532 marki.

Gęsta ćma opatuliła chałupy w dolinie rzeki Ścieklec. Od strony Dodowa, poganiał mroźny, wiatr. Szorstko szurgał o zamarznięte bruzdy zaoranego pola. Na niebie widoczna była tyko jedna rozjarzała, samotna gwiazda. Czasami niknęła w chmursku, to znów się wynurzając pokazywała. Marcin nie mógł tej nocy jakość spać. Wyrko było przecież wygodne, a on przewracał się z boku na bok. Stare wyrko, pamiętające jeszcze pradziada i jego pradziadowską utrapę bezsennych nocy, czasami wydawało chrapliwy poskrzyp, który rozlegał się po izbie.  Przymrużone powiekami, oczy patrzyły na gwiazdę, która uparcie walczyła z chmurami. To wątłe narośnienie światła w tej olbrzymiej masie zmroku, przypominało mu ich chłopską spółdzielnię, którą założyli trzy lata temu.  Marcin, barczysty chłopak, o mocnych ramionach, a garnął się sam do książki co niemiara, był sprzedawcą spółdzielczego sklepu. Chociaż płacono mało, ogromnie mało, nie to było dla niego ważne. Pragnął, aby sklep – ten owoc jeszcze cierpki wiejskiego wspaniałego zrywu  – był zwycięskim rozroście, podobnie jak Spółdzielnia Mleczarska. Bieda robiła się coraz większa. Lękał się,  że sklep  może się załamać. Zacisnął pod pierzyną pieści: musi wytrzymać, musi spotężnieć. Ten sklep jest przecież jak kiełkujące ziarno a w nim chłopska wiara w promienną przyszłość Radziemic. Widział jak mleczarnia jest dziś zarodem chłopskiej mocy i dumy. Ciężkie było jego życie jako chłopca. Matka chodziła na zarobek do dworu, pracowała dorywczo jako wyrobnica. Było dobrze jak na obiad były ziemniaki ugotowane z woda, czasami maszczone kwaśnicą. Marcin był czasami głodny, ale chleba z półki nie wziął.  Patrzył gdzie indziej, głód mijał. Widział, że ludzie mają do niego zaufanie. Tej nocy  nie mógł jakość spać. Czegoś niepokoił się dziwnie. Niedobre przeczucia dręczyły go, jego myśli i serce mocno bijące. Stary zegar na ścianie wybił godzinę pierwszą w nocy. Drewniane chałupy spały w mroku, styczniowego przednówka.   Muszę wstać, psia jucha – pomyślał Marcin. Cały czas myślał o sklepie. Kiedy przyszła mu myśl, że okiennice są słabe, zerwał  się z werka, ubrał się szybko. Na dwadzieścia kroków od sklepu, przystanął – jego myśli przerodziły się w pewność. Serce łomotało mu jak młot. Przyspieszył kroku, by po chwili przystanąć jeszcze raz. Sklep miał okiennice uchylone. Groza zapanowała w jego myślach. Zbiry! Złodzieje w naszym, chłopskim sklepie – wyszeptał Marcin sam do siebie.  Przez na pół rozdarte okiennice zobaczył dwóch drabów. Pakowali do worków wszystko co  na półkach było.  To, co zobaczył wystarczyło mu. Nie namyślając się dłużej,  jak kot podsunął się pod ścianę domu. Przez otwarte okno wpadł do środka sklepu. Draby stanęły jak wryte. Oba o skrzywionych twarzach, wrogich, wyłupiastych oczach. Żylaste ich łapy pochwyciły żelazne sztaby. – Won mi z tego sklepu! Krzyknął  na cały głos. – Zostaw ten worek – powiedział, zasłaniając okno swoimi plecami.

Złodziej podnosząc w górę żelazo, powiedział – ty jasno cholero chcesz mieć rozmiętą mordę. Uniknął cudem pierwszego ciosu, który spadł na róg stołu, roztrzaskując go w kawałki. Walka trwała  –  nie pamięta jak długo? Kiedy odzyskał przytomność robiło się już widno. Ułożył towar na półkach, tak, jak był ułożony wcześniej. Sznurówki, pudełka pasty do butów, zapałki, bibułka papierosowa, knoty do lamp naftowych – powróciły  na swoje miejsce. Chleb – podniósł, trzymał w ręku i patrzył na niego długo… odłożył.

O tym co zdarzyło się w sklepie spółdzielczym w Radziemicach, w styczniową noc 1921 roku mało kto wiedział! Od dziś wiem  ja  i ty.    

Ćma gęsta w nocy, stopniowo zanikała, a wiatr wiał nadal szurgając szorstko zamarznięte bruzdy radziemickiej ziemi.

Zbigniew Pałetko