Autor: Zbigniew Pałetko
WIKTORYJKA
Przed II wojną światową
Po komasacji, która przeprowadzona była w latach 30. XX wieku, Michał i Aleksandra Pałetko otrzymali nowe go- spodarstwo na Wiktoryjce. Tam też rozpoczęli gospodarzyć od podstaw. Otrzymali szczere pole o pow. 16 morgów. Wiktoryjka – to jedna z 7 część wsi Łyszkowice. Poło-żona jest przy trasie nr. 776, prowadzącej z Krakowa do Proszowic. Rozpoczyna się od krzyżówki prowadzącej w kierunku północnym do miejscowości Łyszkowice, i południowym Wronina, a kończy się za ostatnim zakrętem przed Biórkowem Małym. Ta część Wiktoryjki, gdzie przeniosła się rodzina Michała nazywana była wówczas Płusy. Jest to nazwa fizjograficzna, występująca na starych mapach. Dziś nazwa ta nie ma większego znaczenia w mowie potocznej mieszkańców Wiktoryjki. W późniejszym czasie zabudowania leżące po lewej stronie szosy prowadzącej w kierunku Krakowa przypisane były do miejscowości Wronin, i otrzymywały również numerację gospodarstw z Wronina. Pierwszym domem po stronie wrońskim był dom Krawca, a następnie Panka. Pośrodku od roku 1936 znajduje się posiadłość rodziny Michała Pałetko, o powierzchni 16 morgów. Po tej samej stronie, na tak zwanej wówczas Łysej Górze mieszkali: Pankowski, Musiał i Akulenko Aleksander, zwanym powszechnie Olek.
Po drugiej stronie szosy mieszkali: od drogi prowadzącej do Wronina Derela i Dziuba, oraz nieco poniżej w kierunku Proszowic Jan Akulento – o przezwisku Iwan, a następnie Błaszkiewicz i Baranek.
Naprzeciw gospodarstwa Michała mieszkał Baranek. Ich mały zbudowany z gliny i z drzewa dom składał się z kuchni i jednego pokoiku.

Baranki mieli tylko dwie morgi pola, ale za to sześcioro dzieci. Głównym źródłem ich utrzymania było wyplatanie z wikliny różnych koszyków na zboże, sieczkę, pokarm dla zwierząt itp.
Gospodarstwo Michała i Aleksandry Pałetko
W 1936 roku na Wiktoryjce, wyniku komasacji przeprowadzonej w tatach 30. XX w. Michał i Aleksandra Pałetko założyli od podstaw gospodarstwo szesnastomorgowe.
Kiedy przeprowadzili się z Łyszkowic na Wiktoryjkę mieli czworo małych dzieci: Stanisław, Wiesław, Józef i Wiktoria. O Michale mówiono wówczas, że był to gospodarz zaradny, na ogół samodzielny i niezwykle pracowity. W okresie międzywojennym prenumerował czasopismo Rolnik Polski. Już w Łyszkowicach doświadczał sąsiadom usługi lecznicze zwierząt. Po dziś dzień zachowały się przedmioty weterynaryjne, między innymi przedwojenna sonda żołądkowa do leczenia wzdęć u bydła. Posiadał również trokar do ratowania bydła podczas wzdęć, kiedy sonda nie mogła być zastosowana. Wielokrotnie widziałem jak Michał leczył i ratował krowy u sąsiadów. Mężczyźni palili papierosy tak zwane skręty. Najwięcej palił Maciej Krawiec. Nawet w nocy wstawał dwa, trzy razy aby zaspokoić głód nikotyny. Na Wiktoryjce nie palił tylko Michał Pałetko i Ignacy Wilk. Po drugiej stronie szosy, niedalekiej odległości od nas mieszkali Błaszkiewiczowie. Powrócili oni po I wojnie światowej z Ameryki, i za zarobione pieniądze kupili w 1923 r, od Pankowskiego gospodarkę ośmiohektarową. Z opowiadań Błaszkiewiczów wynika, że życie w Ameryce nie mieli łatwe. Powrócili bo tęsknili za Ojczyzną. Dom ich stary, ale duży, sąsiadował z Barankami. W domu Błaszkiewiczów bywałem często. Jako kolega ich wnuka Mieczysława Maniaka wstępowałem po młodszego o 2 lata kolegę i razem wędrowaliśmy do szkoły w Biórkowie Wielkim. Szkoła oddalona była od miejsca zamieszkania o ok. 3 km. Błaszkiewicze mieli dwie córki. Mężem jednej z córek był Motyka pochodzący z Biórkowa Wielkiego. Przed żeniaczką z najstarszą córką Błaszkiewiczów pracował on jako funkcjonariusz tajnej policji państwowej w Gdyni. Ożenił się podczas okupacji, i zamieszkał u teściów Błaszkiewiczów, przejmując pół gospodarstwa. Do młodszej córki przez kilka lat chodził syn Musiała, mieszkający na Wiktoryjce, na Łysej Górze. Był sąsiadem Pankowskiego. Zawsze odwiedzał córkę Błaszkiewiczów podczas urlopu. Przyjeżdżał w mundurze wojskowym. Posiadał stopień wojskowy plutonowy. Kiedy wybuchła II wojna światowa plutonowy poszedł na wojnę i już z niej nie wrócił. Młodszą córkę Błaszkiewiczów wydali za krawca Maniaka, który zgodnie gospodarował na drugiej połowie gospodarstwa z Motyką
Błaszkiewicze sąsiadowali z Janem Akulenko. Jan miał rosyjskie pochodzenie. Nazywaliśmy go potocznie Iwanem. Niektórzy mówili na niego Moskal. Ja tak nie mówiłem. Uważałem to określenie za obraźliwe. Iwan był synem byłego carskiego wachmistrza, który po wieloletniej służbie na ówczesnej granicy rosyjsko-austriackiej dorobił się grosza. Kupił na Wiktoryjce kilkanaście hektarów ziemi z podworskiej resztówki. Miał dwóch synów: starszy Aleksander i młodszy Wiesław. Nie zawsze wolno nam było razem się bawić.
Nie dociekałem czy Akulenko był Polakiem, czy Rosjaninem. Do kościoła chodził regularnie. Zachodził nawet do zakrystii, gdzie wysłuchiwał Mszy św. Pewnej Niedzieli ksiądz przyszedł w wcześniej do kościoła i zamknął zakrystie na klucz. Panowie pocałowali klamkę i posil na kościół. Z tego powodu parafianie śmiali się i żartowali. Mówili. – Dobrze ksiądz zrobił ze zamknął im zakrystię.
Iwan miał dwóch braci. Jeden z nich mieszkał w Proszowicach. Do Akulenki chodziło się tylko po interesie. Bliższego koleżeństwa z synami nie było. Mieli służącą o imieniu Maryśka. Była starszą panną. Nie grzeszyła ani urodą, ani inteligencją, ale była bardzo gościnna i miała dobre serce. Jak tylko Akulenko z dziećmi wyjeżdżał do brata do Proszowic, to Maryśka nas zapraszała i gościła. Najbardziej atrakcyjne były owoce, bo tych na Wiktoryjce było mało. Częstowała, a raczej pozwalało zbierać porzeczki, jabłka, a w jesieni orzechy. W zimie Maryśka wynosiła owoce ze schowka i nas częstowała. Miała dziewczyna dobre serce. U Akulenki zobaczyłem po raz pierwszy podłogę drewnianą, z desek, malowaną, i łózko na środku pokoju. Raz, a może dwa razy Akulenko puścił nam muzykę z patefonu. Na krótko, po czym patefon wyłączał. Można się było tylko patrzeć na olbrzymią tubę, z której już na próżno wypatrywaliśmy głosu muzyki. Jedzenie dla Maryśki było wynoszone z domu na zewnątrz. Na głośne wołanie po imieniu, Maryśka wychodziła najczęściej w obory, odbierała jedzenie i wracała z powrotem do obory, aby zjeść wydzielony jej pokarm. Kiedy Maryśka nie miała już sił pracować związali ją i wsadzili na wóz – nie chciała sama wejść na wóz – i wywieźli prawdopodobnie do Krakowa. Tak przynajmniej mówili, że do przytułku. Od tego czasu już nigdy Maryśki nie zobaczyliśmy. Pozostał po niej smutek i wspomnienia te dobre, a po Iwanie złe.

Niedalekiej odległości od domu, przy łące mieli staw. Obok stawu była studnia. W bezpośrednim sąsiedztwie stawu Iwana, oddzielony jedynie półmetrową groblą, znajdował się podobnej wielkości staw Błaszkiewiczów, również mulisty i zarośnięty. Był słabiej zarybiony. Ten ostatni odgrywał w okresie największych letnich upałów rolę publicznego basenu, w którym uczyli się pływać i zażywali ochłody co odważniejsi młodzi mieszkańcy Wiktoryjki. Po tej samej stronie szosy, kilkaset metrów od Akulenki mieszkali przy sobie Derela i Wincenty Dziuba. Domy małe, z kamienia i gliny ulepione, a izba o glinianym klepisku. Gospodarstwa mieli małe, kilku morgowe. U Dereli było czworo dzieci: dwóch synów i dwie córki. Po drugiej strony szosy w kierunku zachodnim od Dziuby i Dereli, na tak zwanej Sowiej Górze mieszkało trzech gospodarzy zaliczonych do Wiktoryjki. Byli to: Pankowski, Musiał i Aleksander Akulenko – drugi brat Iwana.
Pankowski był szwagrem Jana Akulenko. Wybrany został na prezesa w zarządzie spółdzielni mleczarskiej w Czulicach. Jako urzędnik nie bardzo się kwapił do pracy fizycznej. Miał służącą i parobka, którzy wszystkie czynności w gospodarstwie wykonywali. Pankowski chodził zawsze odświętnie ubrany. Miał dwie córki, których życie było godne pozazdroszczenia. Michał utrzymywał z Pankowskim towarzyskie stosunki. Nazywał go szlachcicem, jako że jego nazwisko kończyło się na –ski.
W kierunku Biurkowa Małego, za Pankowskim znajdował się malutki dom Musiała. Gospodarstwo było niewielkie, dwumorgowe, a głównym źródłem utrzymania czteroosobowej rodziny było kołodziejstwo. Była to rodzina skromna, pracowita i w naszym środowisku dość izolowana, głównie z powodu swego galicyjskiego pochodzenia. Musiał, o czym wszyscy doskonale na Wiktoryjce wiedzieli, całą pierwszą wojnę światową przesłużył w jednym z węgierskich pułków kawalerii i wcale się z tym nie krył. Był to szczegół dla jego obecnych sąsiadów nieobojętny, niemile przypominający im najazd austro-węgierskich wojsk w 1914 roku na ziemie Królestwa Polskiego. Galicyjskie pochodzenie mówiło wszystko za siebie. Ostatnim domem zaliczanym do Wiktoryjki był dom Olka, Aleksandra Akulenki, brata Jana, jak wspominałem zwanego Iwanem lub Moskalem. Olek był szwagrem Pankowskiego. Mieli dwóch synów Tadeusza i Dzidka. Ten ostatni miał w latach trzydziestych rower. W tym czasie mieć rower to było coś. Mógł kosztować nawet 100 złotych. W tedy mówiło się: Popatrz roweru się dorobili, a my to nie mamy nawet na sól. W 1936 roku na Wiktoryjkę przybył nam nowy sąsiad, Ignacy Wilk. Wybudował murowany z cegły dom. Wcześniej gdzieś trzy lata postawił stodołę. Liczył na to, że po komasacji dostanie na Wiktoryjce 16 morgów. Tak też się stało. Wiadomo było, ze z niedostępnego Wronina wszyscy chcieli osiedlić się przy szosie. Dom był okazały, pokryty dachówka. Mieścił pod jednym dachem mieszkanie pokój z kuchnią) sionkę, komorę oraz duży chlew dla bydła. Była to dwunastoosobowa rodzina – sześcioro dzieci, ich dwoje, służąca, matka i dwóch dorosłych braci.
Najbliższym sąsiadem Michała Pałetko był Panek. Miał pięć morgów pola. Wybudował drewniany dom i chlewnię pod jednym dachem. Początkowo nie miał stodoły ani własnej studni. Dzieci było sześcioro, więc mu się zbytnio nie przelewało. W domu u Panków najważniejszą osobą była żona, kobieta pracowita, ale niezwykle wybuchowa.

Panek służąc kilka lat w rosyjskiej armii, przewędrował imperium carskie od Królestwa do Kamczatki, przeżył dwie rewolucje. W 1919 roku powrócił do rodzinnej wsi, płynąc z Władywostoku drogą okrężną przez Singapur, Kolombo i Suez. Jeden z najstarszych synów miał na imię Tadek. Nie widział świata poza gołębiami. Był prawdziwym gołębiarzem amatorem. Znał się na wszystkich rasach. Miał rękę do sprzedaży, i kupców nie brakowało. Nie żałował sprzedawać, wiedział, że po kilku dniach część z nich powróci pod jego strzechę.
Opracowanie: Zbigniew Pałetko