poniedziałek, 15 czerwca

Wspomnienia o księdzu Stanisławie Drajczyk. Część I

Część I obejmuje: Ksiądz Stanisław Drajczyk w Encyklopedii. Urodził się w Koniecpolu. Rodzice. Chrzest.  II wojna światowa w Koniecpolu.

Ksiądz Stanisław Drajczyk – Orionista (1931 – 2017). Budowniczy Drogi Krzyżowej na Wzgórzu Opaczności w Zielenicach.
Ksiądz Stanisław Drajczyk o sobie mówił: Nauczyć się można wiele, ale Księdzem trzeba się urodzić!

Gorliwość kapłańską, pracowitość i wielka miłości do drugiego człowieka zaowocowała, że nazwisko Orionisty, ks. Stanisława Drajczyka znalazło się w encyklopedii.

Opisując Drogę Krzyżową w Zielenicach, przy kościele parafialnym pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w pracy: Kapliczki, figury i Krzyże przydrożne parafii Zielenice, nie sposób pozbawić się refleksji nad ks. Stanisławem Drajczykiem. Droga Krzyżowa na Wzgórzu Opaczności w Zielenicach powstała w latach 1992 – 2003 z inicjatywy ks. Drajczyka, jako jedna z trzech największych w Polsce. Wszędzie, gdzie przebywał i pracował pozostawiał wiele znaków rozpoznawczych kapłaństwa Stanisława Drajczyka. Gorliwość kapłańską, pracowitość i wielka miłości do drugiego człowieka zaowocowała, że nazwisko Orionisty, ks. Stanisława Drajczyka znalazło się w encyklopedii.

Fot. Zbiory Autora

Ksiądz Stanisław Drajczyk, człowiek, który przeszedł do historii urodził się 19 stycznia 1931 r. w Koniecpolu, w diecezji kieleckiej. Rodzice: Roman i matka Helena z domu Witkowska. Miał jedną siostrę Stefanię, która mając 27 lat zmarła przy porodzie trojaczków w 1955 r. Dzień urodzenia ks. Stanisława jest dniem, kiedy w Kościele Katolickim wspomina się  święto: Józefa Sebastiana Pelczara, polskiego biskupa w latach 1899 – 1924, pochodzącego z Korczyna. Pomimo słabego zdrowia bp Pelczar wiele czasu poświęcał swoim diecezjanom,  dbał o wysoki poziom moralny i umysłowy duchowieństwa. Skutecznie starał się o budowę nowych kościołów i kaplic, podczas jego rządów odnowiono wiele świątyń. Dewizą życia ks. Stanisława, tak jak świętego Józefa Pelczara było  przez cały okres kapłaństwa  było zachęcanie wiernych do udziału w nabożeństwach eucharystycznych,  budowy nowych kościołów, kaplic i Drogi Krzyżowej.

Chrzest. Rodzice uważali chrzest za coś niezbędne, pierwszorzędne i ważne. Został ochrzczony 8  kwietnia 1931 r. kiedy syn podrósł, a matka wydobrzała po porodzie. Na Chrzcie nadano imię Stanisław, Franciszek. Obył się w kościele   pw. św. Trójcy w Koniecpolu, przy kamiennej a XVII w.  chrzcielnicy. Jak nakazywał wówczas łaciński rytuał chrztu ksiądz mówił na końcu obrzędu: Wyżmij święcę płonącą i nienagannie strzeż Chrztu swojego, zachowuj przykazania Boże, abyś, gdy Pan przybędzie na gody, mógł wyjść na Jego spotkanie ze wszystkimi Świętymi w przybytku niebieskim i żył na wieki wieków. Amen

Rodzice ks. Stanisława – Helena i Romam. Nie byli zamożni. Ojciec prowadził warsztat szewski, matka zajmowała się gospodarstwem domowym. Posiadali gospodarstwo rolne, kilku hektarowe, mało użyteczne rolniczo, z łąkami i z niewielkim kawałkiem lasu,  położone w Koniecpolu, nad rzeka Pilicą. W wakacyjne, letnie wieczory nad doliną unosiła się smuga mgły. Od południa, za niewielkim wieńcem ciemnozielonych drzew rosnących wzdłuż rzeki jest wzniesienie, z którego czuło się zapach kwitnących zbóż   i świeżej zieleni. Koniecpol jest miastem położonym od 1998 r. w województwie śląskim w powiecie częstochowskim, nad rzeka Pilicą. Jest siedzibą urzędu gminy miejsko wiejskiej, z siedzibą w Koniecpolu. Miasto 2015 r. zamieszkiwało 6094 mieszkańców.

Matka Helena. Zawsze najdroższą dla małego Stanisława była pochylona twarz matki, pełna dobroci  i uśmiechu.

 Jego ojciec Roman był prawym i pracowitym gospodarzem. Bardzo czynnie udzielał się w pracach społecznych w Koniecpolu i w Radzie Parafialnej. Żył skromnie  i umiarkowanie.  Roman zmarł w październiku 1955 r. Od pierwszej klasy Szkoły Powszechnej Stanisław był ministrantem w kościele parafialnym Świętej Trójcy w Koniecpolu. Przyjaźnił się o rok młodszym od siebie kolegą Józefem Woska. Jego rodzina została wysiedlona przez Niemców 1939 r. z Miłosławia. Był on wspaniałym kolegą.  Stanisław o koledze wspomina: Widziałem jak on się pięknie i długo modlił po przyjęciu Komunii Świętej. Zmarł w seminarium. Święty człowiek. Nigdy go nie zapomnę. Nauczył mnie jak należy się modlić.

II wojna światowa w Koniecpolu.

Gdy wybuchła wojna miał 9 lat. Mieszkał z rodzicami i 15-letnią siostrą w rodzinnym Koniecpolu, miasteczku położonym w środku trójkąta, którego krańcami są Częstochowa, Włoszczowa i Szczekociny. W międzywojennym 20-leciu Koniecpol w równych mniej więcej proporcjach zamieszkiwali Polacy i Żydzi. Po wkroczeniu Niemców wszystko się zmieniło. Podczas II wojny światowej, we wrześniu 1939 r. Koniecpol zajęły wojska niemieckie. Niemcy bardzo szybko nakazali Żydom opuścić centrum miasta i przeprowadzić się do domów położonych na peryferiach. Podczas tej akcji został postrzelony Alter Szlomo Staszewski, który był przywódcą tutejszych chasydów z Aleksandrowa. Po jakimś czasie osoby wydalone otrzymały pozwolenie na powrócenie do swoich domów. Jeszcze w 1939 r. Niemcy wprowadzili przymusową pracę dla Żydów. Młodych mężczyzn pochodzących najczęściej z bogatych rodzin przymuszono do ciężkich robót przy wydobywaniu kamieni i żwiru pod budowę dróg. Jednak najtrudniejszą była praca przy stacji kolejowej. Robotnicy kolejowi oraz policja okrutnie wykorzystywała żydowskich robotników. Między wrześniem 1939 r. a styczniem 1940 r. trzykrotnie nałożono na gminę żydowską wysoką kontrybucję. Do czasu jej zapłacenia aresztowano i przetrzymywano jako zakładników rabina wraz z kilkoma bogatymi i szanowanymi Żydami. Pod koniec 1941 r. Niemcy utworzyli getto. Na rozkaz Niemców utworzono Judenrat, na czele którego stanął Kornberg. Do zadań nałożonych na Judenrat należało ściąganie kar grzywny oraz dostarczanie robotników do przymusowej pracy. We wrześniu 1942 r. Niemcy zlikwidowali małe skupiska żydowskie w okolicznych wioskach: Przyrowa, Olsztyn, Złoty Potok, Cieletniki, Lelów, Zielona Dąbrowa i Janów. Wszystkich tych Żydów zgromadzono w getcie w Koniecpolu. W ten sposób znalazło się tutaj około 1,6 tys. Żydów. Wojnę przeżyło jedynie 10 Żydów koniecpolskich – jeden z nich, Dawid Gruszka został zamordowany w pociągu 4 lipca 1946 r.

Ksiądz Drajczyk przypomina piosenkę, jaką musieli śpiewać Żydzi przed wymarszem do przymusowej pracy: My, Żydzi, chcieliśmy wojny. Nasz Śmigły-Rydz nie nauczył Żydków nic. Nasz Hitler złoty nauczył Żydków roboty.To było straszne, tym bardziej że Żydzi mówili: „My na śniadanie, wy na obiad” – wspomina ks. Stanisław.

W 1942 Żydzi zniknęli z Koniecpola. Przeczuwali swój los.

– W przeddzień wywozu przyszedł do nas stary Żyd, by sprzedać siekierę. Ojciec zapytał go, czemu nie ucieka. I on wtedy powiedział: „My musimy iść na śmierć. Myśmy krzyczeli pod krzyżem „Krew na nas i na syny nasze. Musimy iść na śmierć”. Na drugi dzień była wywózka. Własowcy spędzili wszystkich Żydów na rynek i stamtąd trójkami pognali pieszo do oddalonej o 2 kilometry stacji kolejowej. W pochodzie na dworzec starsi nie mogli nadążyć. – Na zakręcie koło mojego domu własowiec kopnął starego Żyda. Gdy ten upadł na ziemię, podniósł go lufą karabinu, a potem oddał trzy strzały. Patrzyłem na tę tragedię… – wspomina ks. Drajczyk.

 W 1942 r. w Koniecpolu wybuchła epidemia tyfusu.

 W  sierpniu 1945 r. Bóg doświadczył mnie straszą chorobą tyfusem nie mogłem chodzić do kościoła aby służyć – wspomina ks. Stanisław. Podczas epidemii tyfusu jaki panował bardzo często służył do Mszy Świętej. Nawet z światłem byłem u chorego Krawczyka z księdzem, które kazał mi  mocno trzymać w ręce…   Stanisław Drajczyk też zachorował na tyfus, ale było to już po wojnie, w sierpniu 1945 r.   – Byłem w harcerstwie. Pamiętam, że pojechaliśmy do Częstochowy i spaliśmy na strychu. Było zimo, a jeszcze jeden z kolegów ściągnął ze mnie koc. Już rano czułem się bardzo źle. Byłem słaby. To przeziębienie zmieniło się w tyfus. Gorączkę miałem przez 11 dni. Zostałem uratowany dzięki zastrzykom. Została ze mnie skóra i kości. Ważyłem około 30-40 kilogramów. Dopiero w grudniu po raz pierwszy mogłem wyjść na pole. Z siedmiu osób, które wtedy zachorowały, jako jedyny przeżyłem -wspomina.

Mając 14 lat chodził za ojca do przymusowej pracy  przy okopach. W 1944 r. przypadkowo dostał się do łapanki, którą Niemcy przeprowadzili w Koniecpolu. Byłem o włos od śmierci -wspomina Stanisław.

Zagrożone życie Stanisława

(…) byłem o włos od śmierci za miastem na tzw. Podpolu. Ksiądz Drajczyk o wydarzeniach na Podpolu w 1944 r. mówił:

Było to lato 1944 r. Ludzie buntowali się i nie chcieli chodzić do okopów. Niemcy postanowili ukarać. Była to godzina 12.30. Pamiętam to dobrze, bowiem trwały przygotowania do obiadu. Siedziałem na ławce przed domem. W pewnej chwili na naszej ulicy pojawili się niemieccy żołnierze. Przeprowadzili łapankę dlatego, że ludzie nie chcieli chodzić na przymusową pracę przy okopach.  Zagarnęli kobiety i mężczyzn i pognali na rynek. Ja miałem wówczas 14 lat, Byłem wysokiego wzrost i wzięli mnie za dorosłego. Nie miałem żadnych dokumentów. Ken karta obowiązywała od 16 roku życia. Wchodzili do każdego domu i wyłapywali dorosłych. mężczyzn i kobiet. Krzyczeli „Komm hier”. Spędzili nas na rynek pod mur dawnej remizy. Było nas około 100 osób, śmiertelnie przerażonych. Naprzeciw nas był karabin maszynowy, skierowany w nasza stronę. Niemcy chcieli ukarać za odmowę kopania okopów. Sytuacja była beznadziejna. Uciekać? Dokąd: Niemców było dużo za dużo, wszyscy uzbrojeni. Tak staliśmy około dwóch godzin. 

      Po tym czasie Niemcy zwolnili wszystkie kobiety, a mężczyzn około 46 osób, załadowali na samochód i wywieźli w kierunku miejscowości Wąsosz. Wszystkich wysadzili w miejscu zwanym Wodnicą. Poprowadzili wzdłuż rzeki Białki, która jest dopływem  Pilicy,  na zaorane wzniesienie.  Wtedy podzielili nas na trzy grupy. Każdej grupie kazali kopać oddzielny dół. Pilnowali nas trzej żandarmi z bronią automatyczną gotową do strzału. Zastanawialiśmy się co robić? Niektórzy zaczęli płakać, bo doskonale wiedzieliśmy, po co te doły kopiemy. Szło nam to bardzo wolno. Niektórzy szeptali, żeby rzucić się na Niemców. Kto zginie to zginie, ale zawsze ktoś ocaleje… Gdy potem o tym myślałem, doszedłem do wniosku, że na ucieczkę nie mieliśmy szans. Byliśmy na otwartym terenie. Do najbliższych zarośli – półtora kilometra. Wystrzelaliby nas, zanim byśmy tam dobiegli. Nawet gdyby ktoś zdołał zbiec, to w mieście stacjonował silny oddział żandarmerii niemieckiej, którym dowodził niejaki Gipre, morderca. Przy pomocy psów na pewno wszystkich prędzej czy później by wyłapali. Miałem różne odczucia. Nie powinni mnie zabić bo byłem małoletni. Ale oni o tym nie wiedzieli, a ja chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co nas czeka.

      Po około 30 minutach od strony miejsca, w którym wysadzono pojmanych z samochodu, nadjechał na białym koniu Niemiec, który kierował budową okopów. Możliwości były dwie: albo przyjechał uwolnić więźniów, albo będzie przyglądał się egzekucji.  Gdy podjechał, strasznie nas sklął. Zagroził, że jak jeszcze raz nie przyjdziemy do pracy, to wszystkich powywiesza. A teraz „Raus nach hause!”. Potem jeszcze coś mówił, ale ja już tego nie słyszałem. Zacząłem biec w stronę rzeki. Pomyślałem, że może będą strzelać, więc dałem nurka w wodę.

Do końca nie wiadomo, co było przyczyną ocalenia. Podobno kobiety, które uwolniono, uprosiły Niemca nazwiskiem von Pauli, który pełnił rolę okupacyjnego zarządcy miasta, o interwencję. Inną okolicznością mogło być to, ze Niemcy mogli też wziąć pod uwagę fakt, że w okolicy działała bardzo silna partyzantka. Na mojej ulicy, gdzie było chyba 70 numerów, mieszkał około 30 partyzantów. Okupanci mogli się bać odwetu z ich strony. Poza tym część ludności do kopania okopów udawała się bez sprzeciwu.

Wspominał ks. Stanisław Drajczyk

Zbigniew Pałetko