poniedziałek, 4 maja

Wspomnienia Katarzyny Jędryczko z rodzinnej wsi na Kresach Wschodnich – Malinowo.

Katarzyna Jędryczko była gospodynią księdza Salezjanina Jana Dunca od pierwszych dni jego pobytu w Twardogórze do ostatniego dnia życia.

Wspomnienia Katarzyny Jędryczko z rodzinnej wsi na Kresach Wschodnich – Malinowo. Pisząc pracę o ks. Janie Duniec ps. Orzeł, do rozdziału: Zasłużeni dla Regionu Radziemic, odnalezione zostały wspomnienia Katarzyny Jędryczko, które w całości drukujemy. W dniu 24 maja 2009 r. przyjmowała w swoim domu w Twardogórze pielgrzymów z Radziemic. Szczegóły wspomnianej pielgrzymki patrz Kurier Radziemicki, artykuł pt. Zasłużeni ludzie Regionu Radziemic. Jan Duniec, z dnia 19 styczeń, Dział Historia.

Wspomnienia Katarzyny Jędryczko z rodzinnej wsi na Kresach Wschodnich – Malinowo.

Urodziłam się w małej wiosce na wschodzie, w Malinowie, w 1932 roku. Mieszkaliśmy w małym domku z rodzicami i siedmiorgiem rodzeństwa. W wieku 8 lat straciliśmy ojca, zmarł na zawał serca w 1940 r. W sprawie pogrzebu udałyśmy się z mamą do księdza, ale niestety pochówek był niemożliwy, bo nie mieliśmy na to pieniędzy. Wracając do domu wstąpiłyśmy do pobliskiej karczmy, gdzie spotkałyśmy mężczyznę, który był żydem. Nawiązała się rozmowa, zaczęłyśmy rozpaczać nad krytyczną sytuacją, z powodu braku pochówku i głowy rodziny. Ten żyd zlitował się i pożyczył nam trochę pieniędzy. Doszło do pogrzebu, byliśmy wtedy zrozpaczeni, ja najbardziej. Byłam najstarszą córką w rodzinie, więc po odejściu ojca spadła na mnie część jego domowych obowiązków. Matka napominała mnie do pracy w domu i gospodarstwie. Musiałam ciężko pracować, min. przynosić drzewo na opał z lasu, pomagać przy zbiorach kukurydzy na polu. Las był oddalony 4 kilometry od naszego domu, droga też była niewygodna, musiałam przechodzić przez duży rów i radzić sobie z ciężkim ładunkiem, bo drewno było potrzebne w domu. Poza tym musiałam wypuszczać gęsi na łąkę i paść krowy nieopodal lasu. Pewnego razu, w trakcie zabawy w chowanego z innymi dziećmi, w małym zagajniku znaleźliśmy najprawdziwszy stary bunkier. Wraz z innymi dziewczynkami nie pozwoliłyśmy wejść do niego chłopcom. Był tam taki starszy pan, który też z nami pasł krowy, poradził nam żebyśmy nigdy tam nie zaglądali i wrócili do domu.  Ten starszy pan przestrzegł nas też żebyśmy już nigdy więcej nie paśli tam krów. Nie potrafił nam wytłumaczyć dlaczego, zawsze odkładał te wyjaśnienia na inny dzień. Opowiedziałam tą historię swojemu stryjkowi, który był nieco bardziej zorientowany, ponieważ miał radio, przez które słuchał wiadomości. Powiedział mi na to „Dziecko, Ukraińcy mordują Polaków, tu i tam…” Po upływie roku zjawili się u nas Niemcy. (To było ok. 1941-42 roku) Wycofano nas z tej rodzinnej wioski. Musieliśmy nagle zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić wioskę na odległość co najmniej 300 metrów i mieszkać tam na polu. Na obrzeżach wioski stała samotna kobieta, która zatrzymała moją mamę i powiedziała do niej tak „– Kobieto, gdzie ty z tymi małymi dziećmi idziesz?” Ja wtedy niosłam na plecach mojego młodszego brata, a inne dwie siostry niosły pozostałe rodzeństwo też na plecach. Kobieta którą napotkaliśmy chciała nas siłą zatrzymać. Ja chwyciłam matkę za spódnicę i powiedziałam „mamo, tu nie zostaniemy!”. Odeszliśmy stamtąd może 300 metrów i nagle w dom przy kobiecie, która chciała nas zatrzymać uderzyła bomba. Doszliśmy do budynków szkolnych, minęliśmy je i będąc parę kroków za szkołą zauważyliśmy że w te budynki też uderzyła bomba. Dotarliśmy do drogi prowadzącej do innych ukraińskich wiosek, i na tej drodze leżało dużo rzeczy pogubionych przez uciekających stamtąd ludzi (obrazy, ubrania, jedzenie wymieszane z błotem). Po 5 kilometrach drogi doszliśmy do rzeczki nieopodal lasu, tam ogarnęła mnie słabość, usiadłam i powiedziałam ze dalej nie pójdę. Do dziś nie mogę sobie wytłumaczyć co się ze mną stało, ale nagle poczułam, że coś mnie pchnęło naprzód w drogę, żebym szła dalej. Ciotka, która z nami była, powiedziała „ – Zobacz, już nie miałaś siły ale jednak się ruszyłaś i poszłaś!”  Ponagliłam resztę moich towarzyszy żebyśmy doszli rychle do lasu. W czasie tej pospiesznej drogi co jakiś czas za nami wybuchała bomba. Za lasem znajdowała się duża łąka, a po lewej stronie inna, zniszczona bombami. Tam tez był ukraiński cmentarz, doszczętnie zdewastowany. Doszliśmy do ukraińskiej wioski opodal, tam mieszkali Ukraińcy, którzy nie pozwolili nam zostać w swojej wiosce, kazali nam czym prędzej opuścić ten teren. Z powodu trwającej wojny ci Ukraińcy tez musieli opuścić swoją wieś. Ukraińscy chłopi pomogli nam, bo udostępnili jeden z wozów.

Wraz z nimi dojechaliśmy aż nad Dniestr. Tam był przygotowany prom, którym przepłynęliśmy na drugą stronę do lasu. Ten las był olchowy i bardzo bagnisty, ludzie składali tam stogi siana. Przez jakiś czas tam zostaliśmy, znajomi Ukraińcy dostarczali regularnie chleb, a mleko pozyskiwaliśmy we własnym zakresie od krów, które przywieźliśmy ze sobą. Minął tydzień, pewnego pięknego, ciepłego dnia, a była to niedziela, dzieci wygrzewały się na słońcu; w pewnym momencie nadleciało kilka niemieckich samolotów i zrzucały ulotki z wiadomością, że możemy wracać już do domów. Nikt tam nie umiał czytać po niemiecku, ludzie lamentowali, że tam już zostaniemy i zginiemy. Mój młodszy brat Kazik, który miał wtedy zaledwie kilka lat powiedział wtedy tak „ – Nie, nie zginiemy tutaj bo zobaczycie, „bozia” nas uchroni”. Zgodnie z tym co napisano nam na ulotkach zaplanowano dla nas powrót do rodzinnej wioski. Wyruszyliśmy i w przeciągu niecałego tygodnia byliśmy już w domu. Wśród ludzi panowała jednak obawa powrotu, wszyscy bali się podstępu, a mianowicie, że domy są podminowanie i lada moment mogą wybuchnąć bomby.  Z tego powodu ogień rozpalaliśmy na zewnątrz, gotowaliśmy na prowizorycznych ceglanych podstawkach. To był pierwszy raz od ponad tygodnia, kiedy mogliśmy coś ciepłego zjeść. Potrzebowaliśmy tego. Ledwo ugotowaliśmy zupę, gdy nagle okazało się, że znów musimy opuścić wioskę, tym razem w przeciwnym kierunku – na zachód. Gdy odeszliśmy od wioski 15-20 kilometrów napotkaliśmy wojska niemieckie najeżdżające na Rosję. Konfrontację z tym frontem pamiętam tak: jeden z Niemców podszedł do mojej matki, spojrzał na moją młodszą siostrę, która była jeszcze niemowlęciem i zapytał o dzieci, po czym się rozpłakał. Opowiadał nam, że sam w domu zostawił takie właśnie małe dziecko. W pobliżu była inna ukraińska wioska, spędziliśmy tam niecały tydzień, po czym ponownie wróciliśmy do naszego Malinowa. Mieszkaliśmy tam bez zmian 2 lata, bywało różnie (przedstawiciele ukraińskiej partyzantki co jakiś czas na nas napadali) ale generalnie dobrze nam się tam żyło. Polacy byli przygotowani do ukraińskich napadów i mordów, min. konstruowali pułapki z elementów stalowych rozwieszonych na drzewach, rozstawiali lampki na polach, żeby oddalić najeźdźców, poza tym byliśmy uzbrojeni w widły i kosy, a blachy służyły do alarmowania pozostałych mieszkańców wioski. W razie napadów kobiety i dzieci chroniły się w niemieckich folwarkach. Był Wielki Czwartek, w nocy usłyszeliśmy alarm i wyszliśmy z domu; po przejściu małego mostku moja matka policzyła nas. Doliczyła tylko do 4, bo okazało się, że dwie młodsze strachliwe siostry zostały w domu. Z tego mostku ja odeszłam z innymi ludźmi, a mama wróciła się do domu po dziewczynki, potem do nas dołączyli. Dotarliśmy do niemieckiego majątku, który był naszym schronieniem. Tam niemiecki właściciel postawił sprawę jasno: „- możecie ukryć się tu gdzie chcecie, a gdy nadejdzie SS to ja ich spławię”. Wszystko tym razem dobrze się skończyło ale po 3-4 dniach nastąpił kolejny alarm. Alarmy powtarzały się co kilka dni… Po kilkunastu podobnych do siebie napadach ten jeden był najgorszy. Rano opuściliśmy dom, przeszliśmy do innej wioski się schronić w stodołach polskich sąsiadów. Tego dnia jednak padał bardzo ulewny deszcz, w tych okolicznościach nastąpił alarm i mimo niepogody musieliśmy w tym deszczu uciekać, co było wyjątkowo niekomfortowe. Innej nocy nastąpił straszny napad ukraiński, doszło wtedy do strzelaniny. Uciekliśmy na niecałe dwa kilometry, gdy ktoś krzyknął że musimy się czołgać, bo strzelanina trwała.

Dotarliśmy w miejsce za niewielkim pagórkiem, gdzie mogliśmy już wstać. Była tam łąka, mały staw i rów, na którym mała kładka. Gdy przez nią przechodziliśmy moja młodsza siostra Ludwika, która niosła na plecach jeszcze młodszą Stanisławę wpadły do tego rowu. Ktoś krzyknął, że dzieci się topią, wtedy ktoś inny podbiegł i wyciągnął je. Nie wiem czy była to kobieta czy mężczyzna, bo było wtedy kompletnie ciemno. Dotarliśmy do celu, którym była inna polska wioska. Tam znajdowała się figura Matki Boskiej, pod którą stali już ludzie i modlili się. To też byli Polacy, bo te nasze wioski były czysto polskie. Modlitwa pod tą figurką przypominała żałosne zawodzenie, ludzie modlili się płacząc i jęcząc, błagając Matkę Najświętszą o ocalenie. Był tam obecny ksiądz salezjanin o nazwisku Czop. Ksiądz chwycił chorągiew i modlił się przechodząc obok okopów, święcił te miejsca wodą święconą. Z tej modlitwy i tych obrzędów wyszła jakby procesja. Nasze wioski były niewielkie, ok. 7 gospodarstw. Mieszkali tam tylko Polacy, powiązani z nami rodzinnie.

                Następnego dnia zdarzył się ostatni napad, był naprawdę okropny. Ten wieczór spędziliśmy w domu, konkretnie przed budynkiem. Nie było żadnego alarmu, po prostu Ukraińcy zakradli się i podpalali słomiane dachy budynków gospodarczych w naszej wiosce. Wtedy dopiero rozległ się alarm. My siedzieliśmy przed domem i na to wszystko patrzyliśmy. Płonęły stodoły i obory, w tym zwierzęta gospodarcze. Słyszeliśmy ryk i kwik krów, świń, koni, takie głośne rozpaczliwe rżenie. Pamiętam jeszcze, że zanim usłyszeliśmy odgłos alarmowy, drogą biegła kobieta wołając ratunku. Młodzi chłopcy z naszego gospodarstwa szybko jej pomogli. W rękach trzymała przyduszone dziecko, a w plecach miała na wpół wbity nóż. Ten widok połączony z odgłosem blach wywołał w nas niemałe przerażenie. Tej nocy też musieliśmy opuścić wioskę. Następnego dnia przyjechała z pomocą polska partyzantka. Spędzili z nami 3-4 dni po czym pojechali do ukraińskich wiosek, gdzie podpalili ukraińskie magazyny amunicji. W tym czasie rosyjska armia „deptała im po palcach”, Rosjanie byli tuz tuż, więc polskie oddziały musiały się wycofać. Jeden z polskich wojskowych przyszedł do nas, zapytał o żonę i nakazał nam wyjechać w ciemno, byle jak najdalej. Wcześniej Rosjanie dali nam paszporty, to był już wtedy ruski zabór, Rosjanie opanowali do tej pory Lwów. Wojskowy wszedł jednymi drzwiami, kazał nam się wynosić i wyszedł drugimi. Zdążył tylko zapytać o matkę, której nie było i polecił żebyśmy stawili się następnego dnia w Rudkach. Jeszcze tej samej nocy nadeszli ukraińscy partyzanci. Wcześniej przynieśliśmy dużo słomy do domu, żeby na niej spać, położyliśmy się, bo była już na to pora. Nasz ciotka, która tam z nami była miała 23-letniego syna, którego ukryliśmy w słomie, w razie nadejścia bandytów. Kiedy zaczęli pukać do okna i wołać żebyśmy otwierali, otworzyłam im, do środka weszło 6ciu partyzantów. Byli brudni, prawie czarni i uzbrojeni po zęby. Jeden podszedł do mnie, przyłożył mi karabin do szyi i zapytał „gdzie twój ojciec?”. „-Na cmentarzu…” – odpowiedziałam. Po chwili podszedł następny partyzant, który był bardziej stanowczy – „gadaj smarkulo gdzie twój ojciec, bo cię zabiję!” W dalszym ciągu zapewniałam ich, że tata na cmentarzu, bo co miałam innego powiedzieć? Dopiero ciotka odezwała się, że nie jestem jej dzieckiem, a mój ojciec faktycznie leży na cmentarzu w Tuligłowach . Wtedy, z powodu tej presji, zaczęłam głośno płakać i wydałam z siebie głośny, nieludzki krzyk, inne dzieci tak samo reagowały. Jeden z Ukraińców kiwnął wtedy do mnie głową, każąc mi wyjść. Jeden za drugim wszyscy wyszliśmy z budynku. Pobiegłam potem jeszcze do swojego domu i dowiedziałam się od sąsiadki, że przed chwilą jakaś inna Polka z mężem Ukraińcem byli u niej prosić, żeby wyszedł jej mąż. Ona odpowiedziała, ze jej mąż nigdy nie wyjdzie, rozległ się strzał i poległ Ukrainiec, mąż Polki z którą przyszedł pod dom mojej sąsiadki. Moja sąsiadka była Ukrainką związaną z Polakiem, a jej ukraińscy bracia, którzy też tam byli zastrzelili Ukraińca, który domagał się wyjścia męża. Natychmiast potem wyruszyliśmy na stację, żeby pojechać do Rudek, zgodnie z nakazem polskiego wojskowego.   

Gdy tam dojechaliśmy, schroniliśmy się w prostych „budach” zrobionych ze słomy, to były takie małe szopki, które postawiliśmy szybko, żeby mieć gdzie spać i żyć. W Rudkach spędziliśmy ponad miesiąc czasu. Tam czekaliśmy na wyjazd, ponieważ poinformowano nas, że niedługo przyjedzie po nas pociąg. To wszystko załatwiał dla nas rosyjski rząd. Gdy przyjechaliśmy do Rudek, wagony, którymi mieliśmy jechać nie były jeszcze gotowe, więc czekaliśmy tam na wyjazd cierpliwie w tych małych słomianych domkach. Po krótkim czasie odczuliśmy wyraźne braki żywności. W tej sprawie ja i mój przyszywany kuzyn udaliśmy się do Malinowa. W Malinowskich  zagrodach zakwaterowano już ukraińskie rodziny. W naszym domu zastaliśmy Ukrainkę, która przyjechała z Polski. Jej rodzinę wygnano z Polski, ponieważ nasiliły się tam różnice etniczne, a ludność pochodzenia ukraińskiego nazywano „łemkami”, stanowili mniejszość narodową, której postanowiono się w pewnym momencie po prostu pozbyć, i wysiedlić ich z kraju. Ta ukraińska kobieta, była dla nas bardzo miła, kiedy przyjechaliśmy. Na miejscu nie pozostały żadne z naszych wcześniejszych zapasów. Na szczęście Ukrainka ofiarowała nam część swojego jedzenia. Dała nam duży chleb i wystarczająco dużo ziemniaków, do tego wzięliśmy trochę owoców z ogrodu; oferowała nam jeszcze mąkę, której nie przyjęliśmy i wróciliśmy do Rudek. Wracając mijaliśmy jedną z ukraińskich wiosek, w tym momencie kuzyn ostrzegł mnie i pouczył co mam robić kiedy nastąpiłby jakiś napad. Miałam szybko poprzecinać „postronki” czyli mocowania wozu z końmi i uciekać. Trzymałam cały czas duży, ostry przygotowany nuż. Gdy minęliśmy jeden z ukraińskich cmentarzy, posłyszeliśmy strzelaninę tuż za nami. Kuzyn powiedział szybko – Tnij „postronki”, na koń, i za mną! On był ode mnie starszy i znał drogę, ucięłam postronki i puściłam się za nim galopem. Nie znałam drogi i starałam się go „trzymać”, ale po niedługim czasie się zgubiliśmy. Zostałam sama, a koń na którym pędziłam, był już bardzo zmęczony, wręcz wycieńczony. W pewnym momencie koń odmówił mi posłuszeństwa i upadł zdyszany na ziemię. Usiadłam na napotkanej górce i długa płakałam. Po jakimś czasie, podeszłam do zwierzęcia i spróbowałam go podnieść, na szczęście wstał, wsiadłam na niego i chciałam jechać dalej. Niestety robiło się już szaro na dworze, nadchodziła noc, zmierzchało, i wszystko byłoby dobrze gdybym się nie bała. Mimo lęku wiedziałam, ze muszę jechać dalej, więc nie zaprzestałam drogi. Nagle nadeszło trzech Ukraińców, którzy pytali gdzie jadę. Odpowiedziałam, że do Rudek, wtedy spytano mnie o nazwisko – „od kogo jesteś?” Krzyknęłam „Babij” i pojechałam dalej, a oni nie chcieli już mnie o nic pytać. Babij to było nazwisko naszych sąsiadów; wiedziałam, że  byli szanowani przez Ukraińców, bo było to małżeństwo Polki i Ukraińskiego mężczyzny. Rzuciłam szybko tym nazwiskiem i dzięki temu mogłam jechać dalej. Nogami kopałam w brzuch konia, żeby szybciej jechał. Dojechałam szczęśliwie do Rudek. W Rudkach poczekaliśmy jeszcze około tygodnia zanim przyjechał nasz transport. Pewnego dnia przyjechał po nas pociąg. Były to raczej wagony służące do transportu zwierząt i węgla. Na szczęście były czyste, ale transport był bardzo niewygodny. Na dwie rodziny przydzielano jeden wagon, podróżowaliśmy z całym dobytkiem, jedzeniem, zwierzętami. Dojechaliśmy do Piskowic, tam nasz pociąg się zatrzymał. Transport został wstrzymany aż na 3 miesiące. Kobiety z dziećmi przebywały w tym czasie w poniemieckich barakach, a mężczyźni pilnowali swoich rzeczy w wagonach. Ja należałam do tej drugiej grupy, bo w naszej rodzinie nie było taty. Zostałam więc na wagonach, musiałam tam zajmować się zwierzętami, doglądać wszystkich naszych rzeczy. Mama i reszta rodziny mieszkały wtedy w barakach, ja zostałam przy pociągu i tam sobie radziłam sama, gotowałam sobie na cegłach i przez te trzy miesiące jadłam suchy chleb i mleko. Był jednak jeszcze przydział jedzenia dla ludności transportowanej. Był to przeważnie kubek zupy, kawałek chleba i śledź. Pozostali mężczyni radzili mi, żebym przeniosła się do baraków, bo przy pociągu było dla mnie za zimno; obiecali też, że popilnują naszego dobytku. Nie chciałam się na to zgodzić, ale zaufałam im i przeniosłam się do baraku. Zdarzyło się tam niestety tak, że pewnej nocy pogryzły mnie pijawki tak dużo i mocno, że rankiem nikt mnie nie poznał, taka byłam spuchnięta. Tego samego ranka wróciłam do wagonów.

Uciekłam stamtąd. Dziwne, ale inne dzieci nie były pogryzione i nikt, kto tam mieszkał, tylko ja. Myliśmy się na dworze w zimnej wodzie, a był to chyba koniec jesieni więc na zewnątrz było już coraz chłodniej. Minęły 3 miesiące i przyjechał do nas parowóz, żeby zabrać nasze wagony. Stamtąd w tych samych wagonach przyjechaliśmy do Twardogóry. To był 1945 rok, zwykły zimny dzień, w porannych godzinach, przed obiadem dojechaliśmy do celu. Tam pociąg się zatrzymał i kazali nam wysiadać. Przywitano nas, witali ksiądz proboszcz Jan Duniec i urzędnicy. Jedna z urzędniczek zabrała nas ze stacji i pokazała przydzielony nam dom. Dom był pusty, nie było w nim żadnych mebli, ani sprzętów, podłogi na szczęście zostały. Mieliśmy tam kuchnię, piec. Osiedliliśmy się tam na stałe. Niedługo potem moja najmłodsza siostra Franciszka ciężko zachorowała, poszliśmy więc do lekarza. Lekarz odpowiedział bezczelnie do mojej matki – „ Po co przyniosłaś mi trupa?” Mama wtedy udała się do niemieckich sióstr zakonnych i siostry zaczęły leczyć Franię. W tym czasie w Twardogórze kościół został uporządkowany, a w ołtarzu pojawiła się figura Matki Boskiej. Ksiądz Duniec ogłosił, że figura jest cudowna. Dowiedziała się o tym moja chora siostrzyczka, odezwała się więc do jednej z zakonnic tak – „Siostro, zaprowadź mnie do tej Matki Boskiej, ona na pewno mnie uzdrowi…”. Siostra powiedziała, że to niełatwe bo przecież mała Frania była omdlała i nie mogła chodzić. Na szczęście zakonnice zatroszczyły się o to i zorganizowały mały drabiniasty wózek. Tym wózkiem moja siostra dojechała do kościoła. Wnieśliśmy Franię z wózkiem do środka pod figurę Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych, wtedy dziewczynka zasnęła. Po wielu godzinach nie mogliśmy jej dobudzić, ale jedna z sióstr poleciła, żeby dziecko się przespało. Po jakimś czasie Franciszka zbudziła się sama i poprosiła o jedzenie i picie. Od wielu dni nic nie przyjmowała z powodu choroby, a wtedy zaraz po przebudzeniu poprosiła właśnie o jedzenie. Później moja siostra powiedziała zakonnicom, że się lepiej, zdrowiej czuje, podziękowała za opiekę i wróciła do domu. Następnego dnia pojechaliśmy wózkiem jeszcze raz do kościoła podziękować Matce Bożej. Trzeciego dnia Frania już chodziła i mówiła sama, że jest zdrowa. Takie i inne cuda miały miejsce w naszym kościele za sprawą cudownej figury M.B.W.W.  

Materiały Archiwalne Zbigniew Paletko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *